Villa Katowicze, Kuźnia Bogucka, Kattowitz, Stalinogród.Miasto o pokręconej historii, niewiele lepszej teraźniejszości i wielkich nadziejach na przyszłość.Dla jednych wielkie miasto malutkie, dla innych najbardziej depresyjne miasto świata.Dla jednych syf i behatonowy folwark sołtysa, dla innych miasto szeleszczących kielichów i innej niebanalnej architektury.Nasze miasto.
Kategorie: Wszystkie | Dzisiaj | Foto | Jutro | Ludzie | Przewodnik | Wczoraj
RSS
poniedziałek, 17 maja 2010

Pogoda od ładnych kilku dni nie rozpieszcza, więc postanowiłem dać się wczoraj rozgrzać muzyce flamenco, tym bardziej, że wygrałem zaproszenie w jakimś fejsbukowym konkursie na rozwinięcie skrótu ESK ("Eklektycznie, Stylowo, Katopitalnie", choć mnie najbardziej przypadła do gustu propozycja "Ej! Smaczne Karminadle!").

Uszok oczywiście się lansował przed spektaklem, zapewniając o tym, jak to Katowice się diametralnie zmienią w ciągu najbliższych kilku lat, że tyle projektów oczekuje na realizację i wszystko jest tylko kwestią czasu. Ja po upływie już niemal 3 kadencji jego prezydentowania, oczekiwałbym raczej podsumowania tego, co już się zmieniło... ale nie o tym ma być ten wpis!
Nie przepadam za szeroko rozumianym folkiem w jakimkolwiek wydaniu, ale to co wczoraj zobaczyłem, po prostu mnie urzekło. Zakochałem się we wszystkich tancerkach, ich płynnym, uwodzącym tańcu, dynamice. Do tego fantastyczny śpiew i wirtuozeria gitarzysty, który mógłby z powodzeniem iść w konkury z Paco de Lucią. Publiczność była zachwycona, owacje na stojąco trwały z dobrych 10 minut. Niestety obowiązywał zakaz jakiejkolwiek rejestracji, więc tylko ukradkiem cyknąłem komórką coś, co ledwie przypomina zdjęcie.

Flamenco Hoy w GCK

Tak więc wczoraj nasłuchałem się więcej muzyki flamenco, niż przez cały dotychczasowy żywot :) a żeby było zabawniej, gdy po spektaklu poszliśmy do klubu będącego po sąsiedzku, okazało się, że akurat trwa koncert... flamenco. Zostaliśmy.
Ech, gdybym tylko mógł zobaczyć "Flamenco Hoy" w pierwszej połowie marca, z całą pewnością więcej zainteresowania bym okazał Andaluzyjkom, które tak licznie przyjechały na kongres EFA do Wenecji ;)

Malutka próbka tego, co można było zobaczyć wczoraj.

 

niedziela, 09 maja 2010

Wczorajsze popołudnie miało upłynąć na dogłębnym sprzątaniu, które całkowicie mnie ominęło przed świętami. Mobilizacja trwała długo, bo ostatni brak słońca nie pozwalał dostrzec jak brudne mam okna i ile kurzu zaległo już na parkiecie. Jako że mistrzem w wywijaniu mopem nie jestem, a jako operator ściągaczki do wody sprawdzam się równie średnio, więc połowę czasu na sprzątanie spędziłem ślęcząc na fejsie w poszukiwaniu powodu do ucieczki z domu. Z wyczekiwaną pomocą przybył Marceli Szpak, umieszczając na tablicy info o mającym się odbyć za pół godziny (w momencie czytania) spotkaniu w Deklu (zwanym przez niewtajemniczonych Rondem Sztuki lub Okiem Miasta) z Wojtkiem Orlińskim. Spotkanie miało dotyczyć nowo wydanej książki "Ameryka nie istnieje", której jeszcze nie miałem w ręku, ale o której czytałem na autorskim blogu gościa. Ciekaw zapowiadanej dekonstrukcji amerykańskich mitów (bo temu poświęcona jest książka), ale też chcąc skonfrontować to wszystko z własnymi obserwacjami i doświadczeniami, rzuciłem wszystko w diabły i poszedłem.
Dużym atutem był fakt prowadzenia rozmowy przez Marcela. Nie było to potulne zadawanie pytań i słuchanie będących do przewidzenia odpowiedzi. Orliński pytany o to, po co w ogóle jechał w podróż po USA, skoro jego osoba jest niemal nieobecna w narracji książki, w końcu pękł i przyznał się, że wycieczka była tylko miłym bonusem od wydawcy do książki, którą mógł napisać nie wstając sprzed komputera. Całość spotkania obfitowała w humorystyczne  akcenty. Pocieszające jest to, że kompletnie z kosmosu wzięte pytania publiczności nie są domeną tylko spotkań poświęconych Górnemu Śląskowi, bo dotąd żyłem w takim właśnie przekonaniu ;)

Spotkanie z WO

21:57, settembrini
Link Komentarze (2) »